25 lipca 2017

Elizabeth Gilbert: Wielka Magia, odważ się żyć kreatywnie

Tym razem książka autorki "Jedz, módl się i kochaj" opowiada o tym jak wartością jest kreatywność. Elizabeth Gilbert w krótkich esejach przedstawia czytelnikom swoją drogę do spełniania marzeń. Drogę, która, jak łatwo się domyślić, nie zawsze była usłana różami. Autorka przekonuje, że warto czasami podążyć za inspiracją i natchnieniem, postawić wszystko na jedną kartę.

Chociaż cenię Elizabeth Gilbert jako pisarkę i podróżniczkę, muszę przyznać, że nie podoba mi się spirytualizacja kreatywności jakiej dokonuje autorka w swojej publikacji. Określeniem "Wielka Magia" nazywa pewien rodzaj energii towarzyszący kreatywności. Wydaje się, że Elizabeth Gilbert wierzy w to, że kreatywność jest jakaś magiczną siłą przenikającą rzeczywistość, do której rzeczywistość czasami się dostosowuje. Magiczny wymiar tej książki nie przekonuje mnie wcale, zabrakło mi w niej takich fragmentów, które zneutralizowałyby wrażenie, że mamy do czynienia z jakąś nową formą religii skoncentrowaną wokół kreatywności.

Sprawy, które porusza autorka w swojej książce są dosyć proste i nie wymagają moim zdaniem dodatkowego "pompowania" atmosferą magiczności. Nie oznacza to jednak, że o prostych sprawach dotyczących naszej codzienności nie można pisać. Są tacy autorzy, którzy robią to z powodzeniem i nie potrzebują "podbijania" swojej narracji dodatkową porcją magii. W książce zabrakło zdrowego realizmu, a towarzysząca jej atmosfera magiczności zdecydowanie trywializuje zawarte w niej treści.

"Wielka Magia" zdecydowanie nie jest właściwą propozycją dla wymagających czytelników. Chociaż nie jest to literatura wysokich lotów, ta książka stanowi dobry wybór dla kogoś, kto poszukuje łatwej lektury motywującej do twórczego działania. 

7 marca 2017

James Patterson: Róże są czerwone

James Patterson należy do czołówki najpopularniejszych autorów amerykańskich. Jego powieści bardzo często pojawiają się na listach światowych bestselerów. Akcja w książkach Pattersona jest dynamiczna i pełna zwrotów, a bohaterowie skomplikowani. Sławę przyniosła mu powieść "W sieci pająka" ("Along came the spider"), która została zekranizowana w 1993 roku, w roli głównej wystąpił Morgan Freeman. Ta powieść była pierwszą, w której pojawił się Alex Cross, czarnoskóry policjant  i psycholog specjalizujący się w tropieniu seryjnych zabójców. W twórczości Pattersona uwagę zwracają bardzo krótkie rozdziały, które dodatkowo dynamizują fabułę i powodują, że trudniej jest zrobić sobie przerwę w czytaniu.

"Róże są czerwone" to szósta część cyklu, w którym głównym bohaterem jest Alex Cross. Tym razem musi zmierzyć się z serią krwawych napadów na banki w Marylandzie i Wirginii. Tajemniczy, przebiegły przestępca za każdym razem wynajmuje innych ludzi do rabunku, a po skończonej "robocie" zabija ich. Wydaje się, że ta seria zbrodni nie ma żadnego sensu, że nie jest niczym umotywowana. Szybko okazuje się, że tajemniczy przestępca, o dość żenującym pseudonimie "Supermózg", jest sprytniejszy od grupy śledczych. W tym samym czasie Cross musi zmierzyć się z ciężką choroba córki i pogłębiającą się traumą jego konkubiny, Christine, która żyje w lęku przed powrotem do wydarzeń z przeszłości. Mimo tego mężczyzna nie poddaję się, próbuje dzielić czas między rodzinę i pracę, ale i tak większość swojej energii skupia na próbie wytropienia groźnego przestępcy.

Dla mnie książki Pattersona są świetną odskocznią od życia codziennego, taką która pobudza do myślenia. Skłania do rozwiązywania zagadek i intryguje. Zwróciłam uwagę na tego pisarza parę lat temu, dlatego, że mnie zaskoczył. Zazwyczaj trafnie przewiduję zakończenia książek i dalszy rozwój akcji. W takich chwilach jestem bardzo zawiedziona, bo skoro potrafię przewidzieć przebieg wydarzeń, to na końcu okazuje się, że dalsza lektura nie miała żadnego sensu. Parę lat temu, kiedy przeczytałam książkę "Fiołki są niebieskie", po lekturze wydarło się ze mnie głośne "ale jak to?!!". To był moment, w którym wiedziałam, że Patterson jeszcze powróci na półkę w mojej biblioteczce. Dziś, po lekturze książki "Róże są czerwone", wiem, że to nie był ostatni powrót tego autora na moją półkę. Co prawda był jeden moment, w którym akcja wydała się nieco za bardzo "wydumana" (nie mogę go opisać, ponieważ nie chcę robić spoilera) i przez to nieprzekonująca, ale moje ogólne wrażenia z tej książki są jak najbardziej pozytywne, chętnie spotkam się z Alexem Crossem przy okazji kolejnych lektur.

7 lutego 2017

J. Walkiewicz: Pełna moc życia

"Pełna moc życia" ukazała się nakładem wydawnictwa One Press, jest to drugie, zmienione wydanie. Z tej lektury nie dowiemy się jak szybko i bez przeszkód osiągnąć sukces. Z żadnej innej również - to zdanie dedykuję tym, którzy nadal szukają takich publikacji ;-)

Jacek Walkiewicz jest z zawodu psychologiem, od lat pracuje jako tzw. mówca motywacyjny. W latach 1990-94 był związany z Gazetą Wyborczą, zarządzał tam działem reklamy. Jest członkiem Stowarzyszenia Profesjonalnych Mówców, prowadzi warsztaty z zakresu rozwoju osobistego. We wrześniu 2013 roku wziął udział w konferencji TEDxWSB we Wrocławiu, która odbywała się pod hasłem "Pełna moc możliwości". Wystąpienie z tamtego spotkania przyniosło mu popularność, do dziś jest dostępne w Internecie i można obejrzeć je tutaj: YouTube [klik],

"Pełna moc życia" to opis życiowych doświadczeń autora i wniosków wyciągniętych na podstawie różnych zdarzeń i sytuacji. Nie wszystko, co z pozoru wydaje się być pozbawione znaczenia, rzeczywiście go nie posiada. Często sensy i znaczenia różnych wydarzeń nawiedzają nas z czasem, wtedy okazuje się, że coś, co kiedyś uznaliśmy za porażkę, wcale nią nie było. Autor twierdzi, że życie to przede wszystkim zmiana, ruch, że jakiś stabilny punkt dojścia nie istnieje i im bardziej, będziemy próbować zamrozić ten ruch, tym bardziej będziemy nieszczęśliwi. Trudno się z tym nie zgodzić.

"Pełna moc życia" ma inspirować, pokazywać, że można spełniać marzenia a trudności mają sens, gdy spojrzymy na nie z szerszej perspektywy. To zachęta do tego, aby cokolwiek się robi, angażować się w to całych sił, bo z czasem taka postawa zaowocuje. Podczas lektury książki nieustannie przychodziły mi na myśl słowa powtarzane często przez o. Szustaka "nie bądź letni". Letniość to nijakość, a nijakość to bylejakość. Książka Walkiewicza jest zachętą do tego, aby być "gorącym" cokolwiek się robi, być zaangażowanym.

Można powiedzieć, że jest to jakiś zbiór banałów, przecież każdy z nas zdaje sobie sprawę z tego, że życie jest zmienne i nie sposób przeżyć je stale doświadczając tylko tego, co przyjemne. Jednak, nie uznałabym tej książki za zbyteczną. Ludzie mają łatwość popadania w rutynę, która często gubi ich kreatywność i marzenia, dlatego czasami warto przeczytać to, co już wiemy, nie po to, żeby dowiedzieć się czegoś nowego, ale żeby sobie przypomnieć o tym, o czym na co dzień zapominamy. 

31 grudnia 2016

A. Huxley: Nowy wspaniały świat

Dzisiaj czytamy powieść Huxleya (1894 - 1963) jako antyutopię, ale czy rzeczywiście w tym celu została napisana? Niektóre fakty z życia autora nastręczają wątpliwości.

W świecie rzekomo spełnionej szczęśliwości eugenika jest na porządku dziennym a hodowle ludzkie wpisane są w panujący system. Ludzie oddają się zwierzęcym, rozseksualizowanym zabawom już od najmłodszych lat. W świecie, w którym każdy należy do każdego, nie może być mowy o głębszych relacjach między ludźmi. Nie pozostawia on także miejsca na tak wartościową instytucję społeczną, jaką jest rodzina. W nowym wspaniałym świecie wszyscy są piękni i młodzi, sztucznie podtrzymywani przy swoim wyglądzie, substancje psychoaktywne jedzone jak cukierki pomagają im uciekać od trosk i zmartwień.

Jednostki same w sobie nie mają żadnego znaczenia, ich wartość wyznaczana jest przez zbiorowość i społeczną użyteczność, która zostaje zaplanowana jeszcze przed ich "wybutlowaniem" w Ośrodku Rozrodu i Warunkowania. Ludzie uczą się reguł systemu, a każda sfera ich życia jest podporządkowana panującej propagandzie. Wydaje się, że w tym świecie społeczne spełnienie można osiągnąć tylko w postaci zbiorowego szaleństwa.

W świecie Huxleya człowiekowi pozostają trzy możliwości: (1) powszechna, sztucznie podsycana szczęśliwość, (2) totalne unicestwienie poprzez szaleństwo odrzucenia panującego systemu, (3) archipelag wysp zesłania, na których samorzutnie zawiązuje się "normalne życie". Każdy wybór jest dramatyczny, ponieważ każda z tych opcji wiąże się z przyjęciem jakiejś formy niewolnictwa.

W książce pojawiła się postać Henry'ego Forda (1863 - 1947), znanego amerykańskiego przemysłowca. Dla bohaterów powieści jest on kimś w rodzaju boga, jakimś ostatecznym wyznacznikiem wartości, według których żyją. W rzeczywistości Henry Ford głosił poglądy antysemickie, które chętnie publikował na łamach czasopisma The Dearborn Independent. Był również inspiracją dla Adolfa Hitlera, który odznaczył go Orderem Orła Niemieckiego (wysoki order III Rzeszy). 

Trudno powiedzieć jaki był stosunek Huxleya do "Nowego wspaniałego świata". W życiu prywatnym autor propagował używanie środków psychoaktywnych, zatem można zapytać, czy używanie somy (narkotyku) przez bohaterów jego książki było dla niego czymś godnym potępienia, czy może wręcz przeciwnie? Huxley zmarł jak jeden z bohaterów swojej własnej opowieści, poprosił żonę aby ta tuż przed śmiercią podała mu LSD. Niektórzy mówią, że Huxley był prorokiem, który w pewnym sensie przewidział wydarzenia mające miejsce jeszcze za jego życia. Ale czy na pewno? 

"Nowy wspaniały świat" został wydany na rok przed dojściem Hitlera do władzy. Choć historia eugeniki sięga daleko (przykładem tutaj może być selekcja dzieci w Sparcie), niewątpliwie najstraszniejszą formę przybrała ona w reżimie narodowosocjalistycznym. Oczywiście forma ta była odmienna od prezentowanej w książce Huxleya, ale w myśleniu Hitlera można odnaleźć znaczne podobieństwa. Przecież on również chciał zbudować swój własny "Nowy wspaniały świat" i jak pokazuje historia, nie cofnąłby się przed niczym. Czy książka Huxleya była przestrogą, czy może jakimś sposobem stała się inspiracją dla niemieckiego dyktatora? 

16 grudnia 2016

Wilhelm Dilthey: Budowa świata historycznego w naukach humanistycznych

Wilhelm Dilthey to niemiecki filozof żyjący na przestrzeni lat 1833 - 1911. Jego najsłynniejsze dzieło to "Einleitung in die Geisteswissenschaften" (1883) ("Wprowadzenie do nauk humanistycznych"). Dokonał metodologicznego odróżnienia nauk humanistycznych i przyrodniczych. Sprzeciwiał się stosowaniu metod nauk przyrodniczych w humanistycznych ze względu na przedmiot, różny dla obydwu nauk. Bywa nazywany filozofem życia przez wzgląd na to, że życie pełni naczelną rolę w jego opisie świata i  w filozofii.

W książce "Budowa świata historycznego w naukach humanistycznych" Dilthey podaje argumenty za metodologicznym oddzieleniem nauk humanistycznych od przyrodniczych. Bowiem, przedmiotem nauk humanistycznych jest szeroko pojęte życie, duch. Ich roli upatrywał raczej w opisywaniu rzeczywistości, aniżeli w jej wyjaśnianiu. Stosowanie metod nauk przyrodniczych do humanistycznych, ograniczało bogaty zakres zainteresowań tych drugich. Sprowadzało ich przedmiot do jakiegoś fragmentu rzeczywistości.

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że u Diltheya jest jakiś rodzaj wariabilizmu. Z jednej strony opisuje rzeczywistość jako zmienną, umożliwiającą twórczość nie tylko artystyczną, ale przede wszystkim rozumianą jako ujmowanie sensów i nadawanie nowych znaczeń. Z drugiej strony jest w niej jednak coś stałego, czym jest pogoń za stałością, za rozstrzygnięciem zagadki "świata i życia" raz na zawsze. Ta pogoń wyraża się np. poprzez czyny i zachowanie człowieka, który będąc częścią całości, jaką jest życie, nie mogąc go przekroczyć, poszukuje zadomowienia poprzez nakładanie sztucznych, sztywnych ram na życie i świat. W tej książce znajdują się także tezy, poglądy i rozważania dotyczące tego czym, jest człowiek, jak go rozumieć - choć nie zawsze są formułowane wprost. Mam nieodparte wrażenie, że Dilthey przygotował pewien grunt dla antropologii filozoficznej Helmutha Plessnera. Jeśli w nadchodzącym roku wszystko pójdzie pomyślnie (będzie to czas mojej obrony pracy magisterskiej), chciałabym rozwinąć tę kwestię, mam nadzieję, że w dalszej pracy naukowej.

Dilthey odżegnywał się od metafizyki, od ustalania bytowej hierarchii. Ale trudno oprzeć się wrażeniu, że istota tak wyjątkowa, jaką w tej filozofii jest człowiek, jest równocześnie istotą bytowo wyższą niż np. zwierzę. Można się ze mną nie zgodzić, stwierdzić, że niemiecki filozof prezentuje swoje stanowisko z pozycji epistemologicznej. To prawda, aczkolwiek zastanawiam się, czy nie jest przypadkiem tak, że każda epistemologia, zakłada też jakąś metafizykę?