30 września 2015

Tessa Dare: Dama o północy tom 1. i tom 2.


Długo się zastanawiałam jak rozpocząć tego posta. Zawsze kiedy muszę coś skrytykować, wolę pomyśleć kilka razy, przespać się z problemem i dopiero potem zabrać się do pisania. Dzisiejsza socialmediowa rzeczywistość wymaga szybkich komunikatów i przez to bywają one nieprzemyślane. Nie chciałabym jednak włączać się do tej machiny myśli nieprzemyślanych, dlatego uważam, że w niektórych przypadkach zasada "co masz zrobić dziś, zrób jutro" jest wskazana i rozsądna, o ile nie jest kierowana lenistwem. Jest to także jedno z mądrościowych zaleceń filozofa, Józefa Marii Bocheńskiego.

Przyznam szczerze, że "Dama o północy" nie jest książką wysokich lotów. Nie tylko ze względu na literackie ubóstwo tej historii, ale również przez wzgląd na wizję kobiecości prezentowaną w tej książce. Jest to aż dziwne, że tak antykobiecą książkę napisała kobieta. Historia przez nią napisana godzi przecież w nią samą.

W pierwszym rozdziale czytelnik poznaje Katie, dziewczynę niewiadomego pochodzenia, która pracuje ucząc śpiewu i dając lekcje  gry na fortepianie. Bohaterka jest bezpośrednia, bezproblemowa, ale też... moim zdaniem strasznie naiwna i głupiutka. Nie chciałabym, aby młode kobiety dawały się uwodzić takim historiom, bo literatura, którą czytamy też w jakiś sposób kształtuje nas, naszą wizję świata i wpływa na nasze zachowanie. Dlatego warto otaczać się wartościową literaturą, w aktywnym czytaniu nie chodzi o ilość, ale o jakość.

Katie poznaje kaprala Thorne'a, z którym łączą ją głównie złośliwości, które potem ewoluują w coś zupełnie innego. Jest to motyw banalny i (niestety) charakterystyczny dla współczesnych powieści dla młodzieży. Zachowanie głównej bohaterki jest totalnie żenujące. Katie nie tylko płaszczy się przed nowo poznanym mężczyzną, ale wręcz wydaje się, że jej "ja" zanika przy każdym spotkaniu z tym człowiekiem. Trudno powiedzieć, żeby bohaterka miała jakiekolwiek zainteresowania, trudno też powiedzieć, żeby żywiła do siebie samej jakikolwiek szacunek. Wątek poszukiwania przez nią rodziny, jest tak naprawdę wątkiem pobocznym tej opowieści.

Szorstki i emocjonalnie zamknięty kapral Thorne, nie ma nic wspólnego ze znamym z "Wichrowych wzgórz" Heathcliffem, wbrew pozorom jest to bohater bardzo nieskomplikowany, a jego złożoność psychologiczna to tylko gra złudzeń.  W efekcie, książka nie tylko propaguje przykrą wizję kobiecości, ale także przykrą wizję męskości i do granic możliwości spłyca relacje damsko-męskie.

Niektóre zwroty użyte w książce pozostawiają naprawdę wiele do życzenia. Niejednokrotnie wywołały we mnie śmiech, w chwilach, kiedy miały nadawać powagi. 

Nie mogę powiedzieć, żeby była to lektura godna zainteresowania. Jestem pod wrażeniem, że do tak słabej opowieści udało się dopisać jeszcze drugą część. Nie chce mi się wierzyć, że kobiety chętnie i dobrowolnie czytają takie powiastki, a przecież się to zdarza. Ciekawa jestem z czego to wynika, i dlaczego pozwalamy się w ten sposób traktować, dając się wodzić za nos takiej "literaturze".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.