20 grudnia 2015

Lewis Carroll: Alicja w krainie czarów


Już sama nie wiem, które to jest spotkanie z tą książką. Prawda jest taka, że jeśli naprawdę zachwyci mnie jakaś lektura (albo film), potrafię do niej sięgać od kilku do kilkudziesięciu razy. Czasami sama się zastanawiam, jak to się dzieje, że mam na to czas. Ale dopóki mam, pewnie będę to robić.

"Alicja w krainie czarów" to zakręcona opowieść, momentami przypominająca życie na jawie, momentami przypominająca szalony sen, z którego nie można się obudzić. Rzeczywistość wykreowana przez autora, to prawdziwy majstersztyk. To prawdziwa eksplozja wyobraźni, której na próżno szukać we współczesnych książkach dla dzieci. 

Odnoszę często wrażenie, że Lewis Carroll bywa mocno trywializowany przez czytelników (a częściej może przez tych, którzy zamiast sięgnąć do książki oglądają filmy nakręcone na podstawie jego opowieści). Są tacy, którzy w życiu dorosłym niechętnie sięgają do książek dla dzieci, może z powodu tej etykiety, a może nie znajdują w nich nic ciekawego dla siebie. Tymczasem, jak wielokrotnie wspominałam, jestem przekonana, że dobra książka dla dzieci, to taka, która potrafi też odpowiednio doprowadzić dorosłego do refleksji.

"Alicja w krainie czarów" zawiera mnóstwo idei filozoficznych. Może zarówno ilustrować pewne myśli, jak i dawać natchnienie do nowych rozważań. Moim ulubionym filozoficznym wątkiem w tej opowieści jest uśmiech bez kota. Jakości bez podłoża (bez substancji), czyli kwintesencja Hume'owskiej filozofii.

Fragment, który z przyczyn satyrycznych zasługuje na uwagę, to ten, w którym Alicja, Mysz, oraz inni bohaterowie wychodzą z rzeki. Mysz postanawia wziąć na siebie przykry obowiązek osuszenia swoich towarzyszy i  w tym celu zaczyna nużącą opowieść o Wilhelmie Zdobywcy.

Może warto znaleźć chwilę w przerwie świątecznej i przeczytać tę książkę? 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.